„Planet She-Hulk” #1 (2025) – Recenzja
Planet She-Hulk #1 (2025)
Wtórna planeta
Jako, że nie jestem wielkim fanem Planet Hulk, dla mnie ten komiks jest zupełnie zbędnym tworem. Już ta klasyczna, ceniona, bo nieco inna, rzucająca Hulka w wir przygód fantasy (a raczej science fantasy) historia okazała się dla mnie zawodem. Przeciętniactwem ubranym w płaszczyk nieco mniej typowy dla amerykańskiego komiksu, ale na rynku europejskim doskonale znany i świetnie wykorzystany (choćby w czwartym tomie Armady – i, matko, jak ta Armada była rysowana…). Ale tam choć jeszcze była ta nuta oryginalności, coś, czego w Zielonym nie było wcześniej. Tu nie ma. A na dodatek wykonanie leży i kwiczy, jak to mówią. Oto Planet She-Hulk.
SAKAAR, PARTY OF ONE! SHE-HULK is back, and she’s… stuck on Sakaar?? Spinning out of Jonathan Hickman’s hit cosmic epic, IMPERIAL, Jennifer Walters made a promise to her cousin, HULK, to watch over the planet Sakaar and its people for a few days. But it’s been longer than a few days, and now She-Hulk is in charge of keeping the peace on a planet at war! But Jennifer is a VERY different Hulk than the one that once smashed Sakaar into submission… is she up for the task?
Słabo napisany jest to komiks, niestety. Pomysł wtórny, nijaki, zbędny. Jak i zbędne było odtwarzanie przez Aarona swego czasu Wielkiej Wojny Hulka, ale z She-Hulk w roli głównej. Ale twórcom brakuje pomysłów, więc odtwarzają. A tu odtworzone mamy w sposób słaby. Na plus zaliczam tu humor, ale bardzo płaskie postacie, nieciekawa akcja i dialogi sztywne, jak członki umarlaka, którego dosięgło stężenie pośmiertne psują te odrobiny frajdy.
Komiks, jak komiks, ma może w tle ciekawe rzeczy, jak polityczne aspekty, ale dobrego wykorzystania ich brak. Fajnie za to jest graficznie, miło dla oka, nastrojowo, aż szkoda, że to ilustracje dla takiego przeciętniactwa, nawet jeśli jednocześnie nie są to jakieś wielkie, wysmakowane prace. Słowem podsumowania: można, ale po co? I to najlepiej określa ten komiks.
Autor: WKP







