„Storm: Lifedream” #1 (2025) – Recenzja
Storm: Lifedream #1 (2025)
Przeżyj to jeszcze raz
Była kiedyś historia Lifedeath o Storm, teraz jest Lifedream. O ile jednak do tej pierwszej chętnie kiedyś wrócę, o tyle ta druga, celebrująca półwiecze postaci jest zupełnie zbędna. Bo każdy fan dobrze zna to, co na niego tu czeka i odtwarzanie tego wszystkiego, w tak wybiórczy sposób nie przynosi postaci i marvelowskim mutantom niczego dobrego.
FIFTY YEARS OF STARDOM! For the first time ever, all Black creative teams join forces in a single anthology to honor the many extraordinary lives of Ororo Munroe! When intergalactic historians attempt to update their records on one of the most famous X-Men in multiversal history, they’ll find a woman too powerful to contain – and risk unleashing a side of her no one’s seen before. With appearances of fan-favorite Storms across the eras of Marvel Comics, superstar journalist and Marvel’s Voices creator Angélique Roché spearheads a celebration of one of the most beloved characters in pop culture history!
Jaką opowieść zrobić z okazji celebracji postaci? Dobrą, wiadomo, ale jak? Tyle już było, trzeba by się pomęczyć, coś wymyślać, jeszcze potem dołożyć starań by jakoś ciekawie to opowiedzieć, a po co, skoro można zrobić pretekstowy zeszyt przypominający nam momenty z życia Storm? Wybrać jednak to, co najbardziej tragiczne, pomijając całą resztą i wrzucając bohaterkę w wir akcji, która w sumie nic nas nie obchodzi.
Efekt to spłycenie losów i rysu psychologicznego ciekawej postaci. Nawet to, co kiedyś się ceniło, uwielbiało, tu zyskuje takiej bylejakości. Niezłe to graficznie, chociaż też żadnego wow tu nie ma, ale przyjemne dla oka. Acz jako całość zupełnie zbędne, pretekstowe i po prostu nijakie.
Autor: WKP




