„Venom #5-6” (2017) – Recenzja
Venom #5-6
Stara miłość nie rdzewieje
Tak się jakoś złożyło, że wciąż trwam przy obecnie wydawanej na rynku serii Venom. Nieważne jak niektóre momenty wydawałyby się absurdalne czy słabsze w porównaniu do starszych opowieści o najbardziej ikonicznym przeciwniku Spider-Mana… Zwyczajnie nie potrafię odpuścić. Venoma i mnie łączy coś na kształt obrzydliwie toksycznego związku. Ze sobą źle, a bez siebie jeszcze gorzej, o czym już niejednokrotnie zdarzyło mi się wspomnieć. Nie będzie też szokiem, jeśli napiszę, że seria, gdzie głównym bohaterem (obok samego czarnego symbiontu) jest Lee Price spotyka się z bardzo mieszanymi opiniami, a fani zdają się być mocno podzieleni.
Jednym nowe przygody Venoma odpowiadają, a innym z kolei nie. W moim przypadku bywa i tak, i tak. Gdy wydaje mi się, że jest już całkiem nieźle, coś się chrzani. Zdaję też sobie sprawę z tego, że przy recenzjach poprzednich zeszytów piałem z zachwytu lub obracałem pewne wady nowej historii obrazkowej z Venomem w zalety, ale dłużej już po prostu nie mogę. Zwyczajnie nie jestem w stanie. Sympatia do postaci to jedno, ale wieczne przymykanie oka na pewne rzeczy to już zupełnie coś innego. Zobaczmy więc, jak sytuacja wygląda w przypadku zeszytów #5-6.

Fabuła (tutaj prym nadal wiedzie Mike Costa) wyżej wspomnianych zeszytów prezentuje się bardzo… wybuchowo. W związku z walką, która wywiązała się pomiędzy Scorpionem a Venomem, wszyscy w mieście znają już prawdziwą tożsamość Lee (chodzi o to, że wiadomo już, iż Lee i Venom to ta sama osoba). W dodatku, na horyzoncie pojawia się, powołana przez FBI, specjalna jednostka do walki z symbiontami. Gdyby tego było mało, okazuje się, że na jej czele stoi nie kto inny, jak sam Eddie Brock – pierwszy (nie licząc Parkera) gospodarz Venoma. Jeśli myślicie, że autor osiągnął już szczyt w zaskakiwaniu, to jesteście niestety w błędzie, bowiem rozdrażniony i rozdarty wewnętrznie (spory pomiędzy pasożytem i gospodarzem) czarny symbiont biega po mieście, siejąc zamęt i zniszczenie.
W związku z tym do akcji wkracza ponownie Spider-Man i rzeczony Eddie Brock. Panowie, choć dość niechętnie, szybko przystępują do współpracy, mającej na celu uwolnienie Lee od Venoma. I w tym momencie muszę przyznać, że zbierałem jęzor z podłogi, bo po Pająku mógłbym spodziewać się wszystkiego, ale nie tak nieczystego zagrania (z drugiej strony, zdarzało mu się układać już z Diabłem). Współpraca przynosi zamierzone rezultaty. Symbiont zostaje schwytany i przekazany wewnętrznej sekcji FBI pod przywództwem Eddiego. Lee z kolei będąc teraz bezsilnym człowiekiem, zostaje aresztowany, a sam Brock doprowadza do… Serio muszę to pisać? Do tej pory już chyba każdy domyślił się tego, co się wydarzyło dalej. Tak, Brock i Venom znów są jednością. A przynajmniej na jakiś czas. Zobaczymy, jak długo taki status quo się utrzyma.

Szatą graficzną nadal zajmują się Gerardo Sandoval (ilustracje) oraz Dono Sánchez-Almara (kolory). Nic ambitnego tu już nie napiszę. Kreska w dalszym ciągu przypomina mangową, ze względu na sposób rysowania, głównie, twarzy i włosów. Prócz tego, krawędzie rysunków dalej wydają się być ostre i bardziej spiczaste. Kolory zaś płynnie przechodzą od tych najciemniejszych do wręcz jaskrawych. Wszystko to zależne jest przede wszystkim od sytuacji przedstawionej na kartach komiksu.

Mówiąc ogólnie, zeszyty Venom #5-6 dziełem sztuki nie są, aczkolwiek wprowadzają one cała masę kapitalnych scen akcji, dzięki którym nowa seria z czarnym kosmicznym kostiumem wreszcie zdołała się trochę rozruszać. Mamy też całkiem nowego-starego Venoma, który raczej nie zniknie po kolejnym zeszycie czy dwóch. Nieważne zresztą na jak długo taki stan rzeczy miałby się utrzymać, już w przyszłym miesiącu czeka nas premiera komiksu Venom #7, który przy okazji będzie też specjalnym, bo #150 numerem, traktującym o tej postaci. Ciekaw jestem, co z tej okazji przygotowali dla nas autorzy. Może wreszcie dowiemy się, co stało się z Flashem?

Autor: SQ

