„Złowieszcza Wojna” – Recenzja
Złowieszcza Wojna
Jeden na wszystkich, wszyscy na jednego! Gdyby tylko Ci „wszyscy” potrafili i chcieli współpracować, to byłaby to bardzo krótka historia…
Finał runu Nicka Spencera pt. Złowieszcza Wojna mógłby równie dobrze nazywać się Spider-Man: Endgame, bowiem pająkowi przychodzi się tu zmierzyć z KAŻDYM jego wrogiem, którego jesteście w stanie wygrzebać z zakamarków pamięci. Do tego stopnia, że pojawienie się niektórych z nich prowadzi do kilku meta-żartów. Główny bohater przez dużą część historii pełni tu rolę, którą zwykle utożsamiamy powiedzmy z jakimś rewolucyjnym wynalazkiem w filmie akcji (tu na myśl przychodzi film Ant-Man i Osa) – wszyscy go gonią, co chwilę komuś udaje się go dopaść, w pewnym sensie co chwilę zmienia właściciela, znajduje się pod kontrolą kolejnej postaci. To mocno ogranicza jego sprawczość. Spider-Man jest daleki od posiadania kontroli nad panującą sytuacją.
Nie trudno się domyślić, że poprowadzenie przez scenarzystów historii w taki sposób oznacza absolutny chaos, co do którego opinie zapewne będą bardzo zróżnicowane. Niektórym ciężko będzie się w to wszystko zaangażować, inni będą zachwyceni. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że kiedy dochodzimy wreszcie do wyjaśnienia całej intrygi, okazuje się ona bardzo zawiła. Czy to dobrze? Sam nie wiem…
Pod względem wizualnym Złowieszcza Wojna trzyma świetny poziom poprzedniego tomu. Muszę przyznać, że przynajmniej pod tym kątem twórcy dobrze poradzili sobie z panującym w fabule chaosem, choć tym razem nie będę się zachwycał samą okładką. Nie ratuje to jednak całości, która jak na cenę 119,99 zł wypada trochę blado… Choć odnoszę też wrażenie, że mówimy tu o historii, która bardziej przypadnie do gustu starym wyjadaczom komiksu, niż komuś, kto jest w tym świecie stosunkowy nowy, jak ja.
Autor: JJ

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.



