„Amazing Spider-Man” (Tom 4) – Recenzja
Amazing Spider-Man (Tom 4)
INNY DOM, INNY… PAJĄK?
Album Amazing Spider-Man (tom 4), przedostatni już z runem Straczynskiego, to dwie konkretne, rozdzielone od siebie grubą kreską historie, które jednocześnie są ze sobą – i poprzednimi tomami – fabularnie połączone. Pierwsza to sześcioczęściowe potwierdzenie schematyczności w jaką w serii w tym momencie popadł. Owszem, nadal to bardzo przyjemny kawał komiksu, ale nic poza tym. Oczywiście całe to sarkanie odnosi się przede wszystkim do oceniania jej na tle ogółu runu Straczynskiego, który pokazał nam wiele genialnych opowieści, bo na tle większości spidermanowych komiksów New Avengers nadal jest świetny. A potem na scenę wkracza dwunastoczęściowy Drugie oblicze, zdecydowanie największy pajęczy event z czasów, kiedy nad przygodami Pajączka pracował Straczynski i to już jest kawał świetnej opowieści, którą poznać powinien każdy miłośnik tej postaci. Chociaż ze względu na fakt, że na całością pracował cały zastęp scenarzystów i rysowników, bardzo nierówną. No i trzeba pamiętać też, że to niemal dosłowna kopia jednej z fabuł czasów Sagi klonów.
Ale po kolei. Peter nigdy nie miał łatwo i łatwo nie ma także teraz. Spłonął dom May i Peter wraz z rodziną zmuszony jest przeprowadzić się do Avengers Tower. Jakiś plus tego, że jest członkiem Avengers. Ale wkrótce pojawiają się kolejne problemy, bo oto Hydra planuje ataki, a jeden z nich przeprowadza z użyciem złych sobowtórów Mścicieli. Jakie są jednak prawdziwe zamiary terrorystów?
Potem opowieść zatacza koło i wraca do początków tego runu. Pewnego dnia Peter ma sen, w którym widzi Morluna i Kravena. Niby nic takiego, ale do czasu. Po przebudzeniu jednak jeszcze nic na to nie wskazuje, więc, jak co dzień, nasz Pajęczak angażuje się w zwyczajne życie pająka, ale ciągle towarzyszą mu zaszczepiona snem myśli o śmierci. Kiedy w starciu z nowym wrogiem zostaje ranny i traci przytomność, nie wie jeszcze czym się to skończy. Opatrująca go dr. Costello przeprowadza badania i odkrywa, że Peter jest umierający, bo zabija go mutacja, która dała mu moce. Od tej chwili nasz heros będzie musiał poradzić sobie ze świadomością własnej śmiertelności i pożegnać z bliskimi i światem, jak należy. Ostatnie dni staną się dla niego jednak nie tylko czasem spełniania marzeń, które zabiorą go w podróż w czasie i kolejnymi badaniami, jakie przeprowadzają na nim najwięksi geniusze świata, ale też walka. Bo oto zza grobu powrócił Morlun i chce za wszelką cenę zabić Pajęczaka. A nie jest jedynym łotrem, który szaleje po mieście…
Jak wspominałem na początku, tak jak końcówkę poprzedniego tomu dopadła pewna schematyczność, tak i jest ona widoczna tym razem. Przede wszystkim dlatego, że Straczynski, odrzucając to, co wychodzi mu najlepiej, czyli obyczajowe i zaangażowane emocjonalnie historie, skupił się na tym czego chcą niewymagający, typowi czytelnicy, czyli akcji. Nie jest to zły schemat, ale jednak schemat i przydałby się powiew jakiejś rewolucji. Powiew czegoś więcej. Czegoś głębiej. Mocniej. Ambitniej. I czasem z większą pomysłowością.
Ale tak: mimo to i mimo, iż historia z New Avengers jest jedną ze słabszych, jakie Straczynski napisał do tej serii, nadal czyta się ją świetnie. Co tu dużo mówić. Nie ma tu miejsca na nudę, tempo jest dobre, akcja udana, a im bliżej finału, tym zaczyna dziać się więcej i zdecydowanie ciekawiej. Nawet jeśli sam finał starcia z Hydrą jest zbyt szybko poprowadzony i nie do końca przekonujący, Straczynski w ostatecznym rozrachunku radzi sobie na poziomie.
No i jeszcze rysunki. Te są tradycyjnie już znakomite, choć są momenty, gdzie sprawiają zrobionych pospiesznie albo od niechcenia. Najlepiej jednak wypadają te mroczne, pełne zabaw światłem i cieniem i mogące popisać się swoim realizmem. A takich scen bynajmniej tu nie brakuje. I tylko czasem odnosi się wrażeni, że aż taki realizm jest Pająkowi zbędny. No ale kwestia gustu.
A potem zaczyna się główna atrakcja tego numeru: Drugie oblicze i… Po tych mniej porywających, bo stricte superhero zeszytach to rzecz stanowiąca pewien powiew świeżości. Bo niby powrót do tych superbohaterskich klimatów, ale przede wszystkim iście epicka, wywracającą życie Petera do góry nogami opowieść, gdzie dużo jest wątków obyczajowych i to dobrze rozegranych. I przy okazji opowieść, która jako pierwsza od wielu lat zaangażowała kilka pajęczych serii by opowiedzieć ją, jak to robiono w dawnych czasach (co równocześnie jest formą wyciągnięcia większej ilości funduszy od czytelników, którzy przez Innego zmuszeni zostali kupować teraz trzy serie miesięcznie – Amazing Spider-Man, Marvel Knights: Spider-Man, który zbiorczo wychodzi po polsku od zeszłego miesiąca i Friendly Neighborhood Spider-Man, no ale cóż). Jednocześnie to powrót rozległych fabuł tworzonych przez wielu artystów, wszystko fajnie, jak dawniej, z graniem na sentymentach i… i tu pojawiają się pewne problemy.
Pierwsza część tej historii złożona z trzech zeszytów napisanych przez Petera Davida, nie powala wprawdzie na kolana, ale wprowadza nieco przyjemnej odmiany. Mamy więcej humoru, ciekawej akcji… znalazło się parę błędów, ale ogólnie nie mogę się do niczego, kolokwialnie mówiąc, przyczepić. Podobnie jest z kolejnymi trzema numerami, jakie napisał Reginald Hudlin, ale za jego „panowania” nad opowieścią zdarzyła się prawdziwa perełka w postaci zeszytu Retreat. Ale i tak najlepiej jest w części trzeciej, w całości napisanej przesz Straczynskiego, który zmienia Drugiego oblicza (swoją drogą tytuł „Inny” albo „Ten drugi” lepiej by tu pasował) w ponury, gorzki i przesycony emocjami event, gdzie bardziej liczy się bohater, jako człowiek, jego relacje i psychika, niż popisy superhero. Pozostałe zeszyty to miks scenariuszy tej ekipy, mniej lub bardziej udane, choć satysfakcjonujące na sam koniec, mimo że to powtórka z rozrywki, bo za wielkiego klonowania była niemal identyczna fabuła tylko z innymi złymi: tam nawet poszczególne wątki z umierającym i żegnającym się z bliskimi pająkiem były niemal identyczne. A takie fabuły powielano potem jeszcze nie raz, choćby w przereklamowanym All-Star Superman Morrisona.
Ale graficznie rzecz nie zadowala. Co prawda są tu świetne ilustracje Mike’a Deodato Jr., ale przeciętne prace Mike’a Wieringo nadają się co najwyżej do komiksów dla dzieci i młodzieży, gdzie infantylna kreskówkowość nie przeszkadza. Tu jednak wypada to słabo. Niestety to jeszcze nie jest najgorsze, bo dopiero to, co serwuje nam Pat Lee to prawdziwa beznadzieja. Mangowa estetyka zostaje tu zamordowana przez tragiczne ilustracje, w których proporcje się gubią, cienie to porażka, a nadrabianie niedostatków rysownika komputerowymi fajerwerkami gryzie w oczy, a mnie doprowadzała do zgrzytania zębami.
Mimo tych minusów, czwarty tom runu Straczynskiego to i tak świetny, momentami iście rewelacyjny komiks dla fanów postaci i dobrego, niebanalnego superhero. Takich komiksów dziś ze świecą szukać (no w Spiderze ostatnio Hickman tylko daje radę). Tyle w temacie.
Autor: WKP

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.




