KomiksyTeksty

„Cage! #3” (2016) – Recenzja

Cage! #3

Grudzień przyniósł nam kolejny, trzeci numer mini serii Cage!. Czy przedostatni epizod tej specyficznej historii przynosi tyle samo frajdy, co dwa poprzednie?

Na początek krótki opis tego, co działo się do tej pory. Luke Cage wiedzie życie obrońcy Harlemu, gdzie jako miejscowy superbohater rozprawia się z przestępcami, takimi jak Black Mariah czy Chemistro. Rutynę przerywa nieudane spotkanie z Misty Knight, która nie tylko nie pojawiła się w umówionym miejscu, ale i całkiem zapadła się pod ziemię. W czasie poszukiwań Cage zostaje pojmany przez nieznanych, przypominających zwierzęta sprawców i trafia na tropikalną wyspę. Tam wchodzi w przypadkowy kontakt z halucynogennymi kwiatami, przez które przeżywa jeden z najlepiej pokazanych na kartach komiksów Marvela tripów.

Brzmi zwariowanie i jak najbardziej takie jest – w trzecim zeszycie seria utrzymuje swój lekki, komediowy ton z dwóch poprzednich odcinków. Pod koniec drugiego epizodu, Luke w trakcie swojej halucynogennej jazdy widzi wielką, małpią głowę. Jak się okazuje, nie była to część halucynacji, a główny antagonista serii Cage!, czyli Profesor Soos. To on zlecił porwanie głównego bohatera i ma wobec niego niecne plany – zamierza zmusić go do udziału w turnieju, w którym heros będzie musiał zmierzyć się na śmierć i życie z tworami eksperymentów profesora. Jak można się domyślić, są to antropomorficzne zwierzęta. By nie było zbyt nudno i jednostronnie, Soosowi udaje się schwytać również innych superbohaterów. Są to Misty Knight, Iron Fist, Black Panther, Ghost Rider, Brother Voodoo i Dazzler.

Po krótkim wprowadzeniu (i znakomitej bitwie na rymy między głównym bohaterem i mastermindem całej intrygi) rozpoczyna się turniej i akcja zaczyna pędzić. Co oferuje Cage! #3 pod względem fabularnym? Podobnie jak w dwóch poprzednich odcinkach nie powinniśmy nastawiać się na zawiłą intrygę ani poważne treści. Autorem scenariusza jest Genndy Tartakovski.  Sięgając po cokolwiek sygnowane jego nazwiskiem musimy mieć świadomość, że są to raczej tytuły mocno odjechane i nieskierowane do każdego odbiorcy. Sytuacje, w których stawiani są bohaterowie są absurdalne, a całość utrzymana jest w takiej konwencji, jak chociażby Atomówki czy Laboratorium Dextera tego samego autora. Styl tego artysty albo się lubi, albo nie – nie ma niczego pośrodku

Nie inaczej sprawa ma się z rysunkami Tartakovskiego. Postaci są karykaturalne i gumowe, co w połączeniu z sytuacją w jakiej się znalazły daje niezwykle zabawny efekt. Jednocześnie warstwa wizualna może się okazać czymś, co zawiedzie niektórych czytelników. Nie dlatego, że styl którym operuje Tartakovski jest mocno osobliwy (jeśli to komuś przeszkadzało, to tak czy inaczej odpadł po pierwszym zeszycie), a dlatego, że… drugi epizod podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Jazda, którą nieświadomie zafundował sobie Cage w poprzednim rozdziale historii była przedstawiona w tak wystrzałowy sposób, że ciężko to teraz przeskoczyć. Kolory Scotta Willisa wciąż świetnie się sprawdzają, jednak artysta nie ma tu aż takiego pola do popisu jak w poprzednim numerze. Nie jest to wada komiksu – po prostu nie poczujemy się aż tak zaskoczeni, jak ostatnio.

Przed nami jeszcze jeden epizod tej mini serii. Czy Luke Cage poradzi sobie z zakusami Profesora Soosa? Czy uratuje nie tylko siebie, ale i innych schwytanych bohaterów? Czy finał tej historii będzie równie zabawny, co jej dotychczasowy przebieg? Sweet Christmas, miejmy nadzieję, że w każdym przypadku odpowiedz będzie brzmiała „tak„!


Autor: Pan Kulka

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x