KomiksyTeksty

"Elektra #1" (2017) – Recenzja

Zawsze stawiaj na czerwień.

Elektra to postać, która w naszym kraju nie jest specjalnie zakorzeniona w świadomości wielu ludzi czy nawet fanów Marvela. Jedni nie mają pojęcia o jej istnieniu, inni natomiast wiedzą na jej temat tylko tyle, że zna się na sztukach walki i coś tam łączy ją z Daredevilem. Szkoda, bo to bardzo złożona persona, której nie można jednoznacznie sklasyfikować jako bohaterki czy anty-bohaterki. Raz ma tak, a drugiego dnia inaczej. Warto jeszcze dodać, że heroina jest znana przede wszystkim z tego, że nie ma problemu z zabijaniem – wychowywana była na wojowniczkę ninja, ma ścisły związek z organizacją przestępczą znaną jako Hand i szczególnie upodobała sobie kolor czerwony, w którym od zawsze paradowała na kartach komiksów. Ostatnimi czasy zrobiło się o niej nieco głośniej (a dzięki temu trafiła do szerszego grona odbiorców) za sprawą drugiego sezonu serialu Daredevil od duetu Marvel/Netflix. W Polsce można jeszcze o niej poczytać w obecnie ukazującej się na rynków dzięki wydawnictwu Egmont serii Thunderbolts, gdzie jest regularnym członkiem tytułowej drużyny. Mam nadzieję, że teraz za sprawą nowego komiksowego runu, który miał swoją premierę w tę środę (22.02.2017) o Elektrze dowie się troszkę więcej osób.


(Kliknij w obrazek, aby go powiększyć)

Elektra #1 fabularnie jest zeszytem bardzo poprawnym (pieczę pod tym względem sprawuje tu Matt Owens). Cała historia zaczyna się jak gdyby nigdy nic. Główna bohaterka przybywa do miasta grzechu – Las Vegas – gdzie stara się zapomnieć o swojej przeszłości i wszystkich problemach z nią związanych, topiąc smutki w alkoholu w jednym z lokalnych barów (znajdującym się w kompleksie z kasynem i klubem oczywiście). Niestety, wakacje nie idą tak, jak protagonistka początkowo zakładała. Wszystko ulega komplikacjom, przez to, co w mieście neonów jest na porządku dziennym – hazard, brudną forsę, narkotyki, prostytucję, ale przede wszystkim nadużywanie władzy. Prócz tego, na scenie pojawia się bardzo wpływowy gracz – Arcade. Jeśli ksywa tego gościa niewiele Wam mówi, to nie przejmujcie się. Wystarczająco dużo powinien powiedzieć fakt, że facet ma nierówno pod sufitem, a zielonych ma tyle, że mógłby się nimi podcierać. Te wszystkie czynniki powodują, że Elektra ma pełne ręce roboty, a plan związany z urlopem idzie najzwyczajniej w świecie do kosza. Widocznie taki już jej los. Uczucie ukojenia i wytchnienia nie są dla wszystkich. Niektórzy muszą mieć po prostu wiecznie pod górkę.


(Kliknij w obrazek, aby go powiększyć)

Warstwa wizualna komiksu prezentuje się naprawdę świetnie i muszę przyznać bez bicia, że Elektra jest jedną z najładniej narysowanych historii obrazkowych, z jakimi przyszło mi się zetknąć w okresie kilku ostatnich miesięcy. Trio Juann Cabal (ilustracje), Antonio Fabela i Marco Menyz (kolory) naprawdę się postarali, gdyż każdy kadr, każdy panel i każda strona zachęcają, aby czytać dalej. Paleta barw jest dość jaskrawa, choć nie jest to w żadnym wypadku zarzut. Pamiętajmy, że akcja komiksu toczy się w Vegas. Z tego też powodu przeważają tu neonowe fiolety, róże i bijące po oczach pochodne żółtego, ewoluującego w pomarańcze. Gdzieniegdzie trafią się zimniejsze barwy, aczkolwiek czytelnik w przeważającym stopniu styka się z tymi pierwszymi, pstrokatymi i kalejdoskopowymi. Największą graficzną zaletą nowego runu z Elektrą jest jednak design postaci (a uwierzcie mi, w swojej komiksowej karierze widziałem już masę szkaradnie narysowanych charakterów, które przypominały raczej karykatury). Te narysowane są po prostu obłędnie. Największe wrażenie wywarły na mnie dopracowane pod każdym możliwym względem twarze (ze szczególnym uwzględnieniem oczu). Jest w nich coś takiego, co sprawia, że chce się na nie patrzeć. Coś co mówi, że za daną buzią skrywa się jakaś głębsza historia, a samo oblicze jest tylko maską, którą zakłada się na co dzień. Twórców należy pochwalić również za bardzo przekonywujące sceny walk. Do gustu szczególnie przypadło mi podzielenie ich na mniejsze okienka, które krop po kroku ukazują nam, co główna bohaterka potrafi zrobić ze swoim ciałem. Wypadałoby jeszcze dodać, że wraz z nowym runem, zmianie uległo też samo noszone przez nią odzienie (tak, to widoczne na okładce zeszytu #1), które wygląda kropka w kropkę jak to, które nosiła ona w drugim sezonie Daredevila (porównanie strojów znajdziecie TUTAJ). Nie wpływa to negatywnie na odbiór postaci, jednak jeśli zna się Elektrę i jest się przyzwyczajonym do jej pierwotnego wyglądu, przerzucenie się i dostosowanie do obecnego może zająć chwilę czasu. Z drugiej strony, nikt teraz nie powie, że jej aktualne fatałaszki są niepraktyczne i tylko przeszkadzają.  


(Kliknij w obrazek, aby go powiększyć)

Reasumując, Elektra #1 to bardzo bezpieczne otwarcie nowego rozdziału w życiu strudzonej ciągłymi bojami wojowniczki ninja. Nie jest to coś przełomowego, ale nie można też powiedzieć, że jest to coś, co sprawia, że człowiek przysypia. Akcja rozwija się w dość szybkim tempie, a czytelnik już po chwili zaczyna orientować się w tym, kto jest dobry, a kto zły. Mnie bardzo spodobało się też to, że wątek fabularny, w przeciwieństwie do innych komiksów, nie przedstawia kolejnej epickiej batalii z wszechpotężnym przeciwnikiem albo inwazją kosmitów z najmroczniejszych zakątków galaktyki. W odróżnieniu od tego, całość skupia na problemach jednego z największych miast, które przy okazji zawsze było, jest i będzie obrzydliwie skorumpowane aż po same fundamenty. Doliczmy do tego naprawdę estetyczną stronę graficzną komiksu i otrzymujemy coś, co jest po prostu dobre. Numer pierwszy zdecydowanie mnie zaciekawił i serię będę śledzić dalej. Wam polecam to samo. Nawet jeśli fanami Elektry nie jesteście, to mam szczerą nadzieję, że teraz nimi zostaniecie.


Autor: SQ

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x