SerialeTeksty

„Marvel’s Daredevil” [Sezon II] – Recenzja

Marvel’s Daredevil [Sezon II]
!UWAGA! W TEKŚCIE MOGĄ POJAWIĆ MNIEJSZE LUB WIĘKSZE SPOILERY!

Pamiętam, jak dokładnie rok temu (no, mniej więcej) byłem pod niesamowitym wrażeniem pierwszego sezonu serialu Daredevil¸ który przygotowywał duet Marvel/Netflix. Pamiętam też, że wtedy ludzie nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po produkcji z super-herosem stworzonej pod gusta dojrzalszego widza. Całość miała oczywiście należeć do Kinowego Uniwersum Marvela, w skład którego wchodzą filmy kręcone w dużo lżejszym tonie. Dokładnie z tego powodu niemal nikt jakoś specjalnie nie wierzył, że nowy, a przy okazji poważniejszy serial Marvela (dodatkowo powstały w wyniku tego innowacyjnego zabiegu i kooperacji z platformą Netflix) może się udać.

Swoją cegiełkę do tej karuzeli niedowierzania dołożył także tragiczny film kinowy z roku 2003, o tym samym tytule, gdzie w Matta Murdocka/Daredevila wcielił się Ben Affleck wraz z nieudolnie partnerującą mu Jennifer Garner w roli Elektry. Od tamtego momentu minęło 12-13 lat, ale niesmak pozostał. Serialowy Daredevil miał więc naprawdę utrudniony start, a odgrywający główną rolę Charlie Cox musiał być świadomy, że ma przed sobą naprawdę trudne zadanie… Jakież było zdziwienie, gdy okazało się, że Daredevil położył na łopatki wszelką konkurencję, a krytycy z całego świata zjadali własne zęby cofając wszelkie wymienione dotychczas obawy. Daredevil stał się najlepszym serialem z gatunku superhero w historii, a po dwóch tygodniach od jego premiery świat obiegła wiadomość o zamówieniu drugiego sezonu… To chyba coś znaczy, prawda?

W przypadku drugiego sezonu było już zupełnie inaczej. Ludzie wiedzieli czego mogą oczekiwać od produkcji na takim poziomie, jednak prawdziwy hype zaczął się w momencie, gdy Marvel ogłosił, iż w drugim sezonie pojawią się Punisher oraz Elektra. W tym momencie znowu (a przynajmniej częściowo) pomiędzy fanami doszło do rozłamu, bo przecież jak to? Frank Castle aka. Punisher dostał już przecież swoje dwa filmy kinowe (które przeszły bez większego echa), więc po co drążyć temat? Elektra też pojawiła się w pełnometrażowym Daredevilu oraz swoim własnym filmie, więc po co to komu?

Czyżby ludzie siedzący za biurkami studia Marvel oraz korporacji, jaką jest Netflix, mieli coś nie tak z głową? Może zwyczajnie lubią sobie utrudniać życie i mieć pod górkę? Ja z kolei uważam, że Marvel po tych wszystkich latach, gdy sprzedawał prawa do swoich postaci różnym studiom, stara się odkupić swoje winy. Tym samym daje swoim fanom produkty na najwyższym poziomie, dzięki którym wspomnienia po dawnych grzechach zostają wymazane i zastąpione nowymi, a przy tym, biją same siebie na głowę z każdym kolejnym „netflixowym” serialem czy też nowym sezonem.

Druga seria Daredevila jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobraziłem. Jest produktem dopieszczonym i skończonym pod każdym względem i aspektem. Fabuła jest wciągająca i nie pozwala się oderwać nawet na chwilę. Widz już na samym początku dostaje po twarzy sporą dawką akcji związanej z wydarzeniami, którymi targana jest dzielnica Nowego Jorku – Hell’s Kitchen. Oto okazuje się, że ktoś (wiadomo chyba o kogo chodzi, prawda?) obrał sobie za cel najgroźniejsze gangi i, jak się można domyślić, nie powoduje to niczego dobrego. Jak to zawsze mawiała moja pani od fizyki ze szkoły średniej: „każda akcja powoduje reakcję”. Nie inaczej jest w tym przypadku.

Wątek Punishera odgrywanego tutaj przez Jona Bernthala jest po prostu znakomity. Już pomijam samą kreację postaci, bo do niej wrócimy później, ale wszystko, co z nią związane, jest idealne. Najlepiej opisuje to pewien mem internetowy, a mianowicie „Well, that escalated quickly”, co po naszemu oznacza, że cała sytuacja rozrosła się do naprawdę potężnych rozmiarów i nikt nie wie, jak ma sobie z nią poradzić. To po prostu trzeba zobaczyć i poczuć. Cały ten wątek zaczyna się już w odcinku 2×01 i to właśnie na niego kładziony jest największy nacisk, który ciągnie się mniej więcej do odcinka 2×04, tylko po to, aby niczego niespodziewający się widz po raz kolejny oberwał prosto w czaszkę nieoczekiwanym zwrotem akcji.

Nie wiem jak Wy, ale dla mnie to jest właśnie to, na co czekam oglądając cokolwiek. Od odcinka 2×05 widzom ukazywany jest całkiem nowy wątek, który dotyczy postaci Elektry (w tej roli cudowna Elodie Yung), a co za tym idzie i Sticka, a także złowrogiej organizacji The Hand (pol. Dłoń) oraz wszystkiego, co z nią związane. Oczywiście, nowe wydarzenia wdrażane są dość powoli i w żaden sposób nie sprawiają, że wcześniej zaprezentowane wątki, mają mniejsze znaczenie. Jest wręcz odwrotnie. Wszystko jest ze sobą pięknie przeplatane, a czas ekranowy, jaki został im poświęcony, podzielono równomiernie. Jeśli ktokolwiek z Was obawiał się dziur fabularnych lub niedomówień tutaj takich nie spotka. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Tym oto akcentem przejdźmy do następnego punktu recenzji, gdyż nie chcę zagłębiać się w jakieś ważniejsze wydarzenia i spoilerować.

Jeśli chodzi o aspekt czysto wizualny to drugi sezon Daredevila wypada jeszcze lepiej niż jego poprzednik. Większość scen ma miejsce wieczorem lub w nocy, co świetnie podkreśla charakter dzielnicy, jaką jest Hell’s Kitchen. Na pozór może wydawać się, że wszystko jest tam w porządku i nic złego się tam nie dzieje, jednak gdy zapada mrok, ludziom zaczynają przytrafiać się złe rzeczy, a ulice zalewane są przez najróżniejsze szumowiny: od podrzędnych rzezimieszków począwszy, przez dilerów narkotykowych, handlarzy bronią i członków mafii aż po najgrubsze ryby przestępczego półświatka. Podsumowując – jest mrocznie, brudno, lepko i surowo, a sama atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Jeśli jakaś scena faktycznie rozgrywa się w świetle dnia (a tych jest naprawdę niewiele) to dotyczy ona przede wszystkim bohaterów drugoplanowych, jak Karen czy Foggy, ale w żaden sposób nie jest to męczące, bo czasami przecież każdy potrzebuje odpoczynku. Nawet rogaty obrońca „Piekielnej Kuchni”.

Na szczególne uznanie zasługuje też choreografia serialowych walk, które po raz kolejny przyprawiają o zawrót głowy. To, co wyprawia się na naszych oczach przechodzi ludzkie pojęcie. Matt jako Daredevil obija bandziorom gęby w prawdziwie wyrafinowany sposób, przypominający swego rodzaju taniec. Ten sam poziom reprezentuje Elektra, która towarzyszy mu od późniejszych odcinków. Ta dwójka wynosi walkę na zupełnie nowy, wyższy poziom. Podskoki, salta, półobroty, piruety i elementy gimnastyki wplecione w starcia z przeciwnikami prezentują się w totalnie hipnotyczny sposób. Gdy Daredevil i Elektra fikają na ekranie (czy to w duecie, czy w pojedynkę) na naszych oczach odprawia się prawdziwa magia połączona z mistrzostwem w posługiwaniu się wschodnimi sztukami walki. Widzowi szczęka opada do ziemi, a oczy same wychodzą z orbit.

(PS. Pamiętacie tę epicką walkę w korytarzu z drugiego odcinka pierwszego sezonu? Przy wersji z drugiego sezonu jest ona niczym. Naprawdę.)

Z kolei styl walki reprezentowany przez Punishera jest kompletnie inny. Tutaj mamy do czynienia z niewyobrażalnie brutalnym, ale za to szybkim sposobem pozbywania się przeciwników. Frank jest bezlitosny i nie przebiera w środkach. Nie ma czasu na bezcelowe okładanie się po twarzy. Zamiast tego dostajemy gruchot łamanych kości, hektolitry krwi, tkankę mózgową na ścianach, świszczące w powietrzu noże i co chwilę wystrzeliwane kule oraz cała masę eksplozji. Frank to przecież były żołnierz, więc nie ma się czemu dziwić.

Kolejnym wizualnym aspektem, zasługującym na pochwałę, są stroje trójki samozwańczych mścicieli, czyli Daredevila, Elektry i Punishera. Podczas pierwszego sezonu pojawiły się dość mieszane opinie odnośnie stroju Diabła z Hell’s Kitchen. W przypadku sezonu drugiego twórcy podeszli do tego trochę inaczej, gdyż bohater co jakiś czas odwiedza swojego osobistego krawca/kowala/zabawkarza – Melvina, którego było dane nam już poznać rok temu. Matt, czy może raczej Daredevil (a może obaj?) ewoluuje na naszych oczach: czy to dzięki nowemu hełmowi, czy dzięki nowej broni, którą lada moment wypróbuje na facjacie jakiegoś psychola.

Dzięki temu jesteśmy świadomi, że główny bohater jest tylko człowiekiem, a to, co nosi nie jest niezniszczalne. Co do Elektry – po opublikowaniu wszystkich zapowiedzi usłyszałem kilka opinii, gdzie ktoś stwierdził, że brak mu czerwonego kostiumu tejże pani z komiksów. Zastanówmy się nad tym – serial utrzymany jest w bardziej realistycznym tonie, więc nie wyobrażam sobie bohaterki biegającej w czerwonym i w dodatku obcisłym, krępującym ruchy, jednoczęściowym kostiumie kąpielowym z trzema szarfami dyndającymi przy nogach. Zapewniam wszystkich malkontentów, że Elektra nie została tutaj potraktowana po macoszemu i jej strój również ewoluuje z czasem. Co do „Ukaratora” (wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać) to nie będzie chyba zaskoczeniem (i tak było już widać na plakatach promocyjnych i zapowiedziach), gdy napiszę, że gustuje on raczej w cięższym ekwipunku, czarnych barwach, a na jego klacie w końcu pojawia się ikoniczna biała czaszka. W skrócie – jest na co czekać podczas seansu.

Gdzieś tam wyżej napisałem, że w końcu dojdziemy do akapitu o postaciach. Tak, przyszedł czas na parę słów właśnie o nich. Zacznijmy może od stałych bywalców – Matta, Foggyego i Karen.

Główny bohater to wciąż ten sam gość, którego pokochaliśmy w poprzednim sezonie. Wciąż stara się pogodzić pracę jako adwokat z nocnymi eskapadami i obtłukiwaniem wszelakich zbirów nocami, co wychodzi mu dość średnio (mam na myśli ogólne połączenie tych dwóch czynności). Matt wciąż przedkłada dobro swojej dzielnicy (oraz jej mieszkańców) w ukochanym mieście – Nowym Jorku – ponad swoje własne, a przez to mocno ogranicza swoje kontakty z przyjaciółmi stopniowo się od nich odsuwając i, potocznie mówiąc, „olewając”, w tym także własną firmę. Murdock to osoba, która uporczywie i niezmordowanie doszukuje się w ludziach dobra, nawet gdy wie, że ma przed sobą kogoś, kto zatracił się w mroku tak bardzo, że nie da się go stamtąd wyciągnąć.

Mimo wszystko, osobiście odniosłem wrażenie, że Matt stał się trochę bardziej pewny siebie oraz tego, co robi. Wie, że tego właśnie chce, wie jak ma to robić i nie pozwala, aby ktokolwiek mówił mu, że jest inaczej. Można powiedzieć, że tym razem mamy mniej „sierotkowatej” strony Matta, a więcej tej pewnej i dążącej do celu.

Co do Foggyego i Karen – nie będę się tutaj rozpisywać, bo nie ma po co. Nelson to wciąż ten zabawny gość, który rozładowuje atmosferę, jednak świadomość tego, kim jest jego najlepszy przyjaciel spowodowała, że troszkę bardziej spoważniał. Przekłada się to również na sposób prowadzenia całej spółki, jaką jest „Nelson & Murdock”. Pomimo tego, że Foggy czasami wydaje nam się bezradnym „misiakiem”, jest zupełnie na odwrót. Gdy ten młodzieniec zakasa rękawy, jest w stanie przenosić góry w pojedynkę.

Karen z kolei w tym sezonie ukazywana jest bardzo nierównomiernie. Powiedziałbym nawet, że w sposób kompletnie skrajny. Raz twórcy robią z niej zwyczajną damę w opałach, która szuka pocieszenia w ramionach jednego z kolegów z pracy, by kilka odcinków później wyemancypować ją do granic możliwości, robiąc z niej dążącą do celu, niezależną kobietę, której nic do szczęścia nie jest potrzebne, prócz jej własnej pewności siebie. Nie twierdzę, że jest to złe, bo żyjący i uczący się na własnych błędach bohaterowie są na wagę złota. Mam jednak obawy, że w trzecim sezonie lub w serialu The Defenders (nie wiem, co będzie pierwsze), Karen znowu będzie ukazywana na dwa różne sposoby.

Mając za sobą „główną trójcę” przejdźmy do śmietanki tego sezonu, czyli Punishera i Elektry.

Serialowy Punisher jest jak żywcem wyciągnięty z kart komiksów. Stanowi skupisko całej masy przeróżnych cech. Wiemy, że jest twardzielem z przeszłością, że jest byłym żołnierzem, który służył na froncie poza granicami swojego kraju, podczas gdy w domu czekała na niego rodzina, która wydobywała z niego wszystko to, co najlepsze. Pewnego dnia wszystko się jednak zmieniło, a życie Franka przeobraziło się w prawdziwy koszmar. Podczas incydentu w nowojorskim Central Parku zamordowano wszystkich jego bliskich, a on sam postanowił, że od tego momentu będzie „karać” wszystkich, którzy na to zasłużą, zaczynając od tych, którzy mieli jakikolwiek związek z zamordowaniem jego rodziny. Jest bezlitosny, chłodny, analityczny i doskonale sprawdza się w tym, co robi. Jest świetnym strategiem i doskonałym wojownikiem. Nie odczuwa strachu i umie o siebie zadbać. Mimo wszystko wiemy, że gdzieś tam w środku siedzi w nim mocno skrzywdzony człowiek.

W momencie, gdy poznajemy netflixowego Punishera, jest on już tą osobą, o której gdzieś tam się mówi, a bandziory opisują go, jakby był jakimś czającym się w ciemnościach, nieśmiertelnym bóstwem-niszczycielem wszystkiego, co złe. Jedni w niego wierzą, inni pukają się w czoło i nie dają wiary takim opowieściom. Widz od początku wie, albo chociaż domyśla się, o kogo chodzi (a przynajmniej Ci, którzy śledzili kampanię reklamową), jednak twórcy nie podsuwają nam wszystkiego pod nos od razu.

Cały wątek Franka rozwijany jest bardzo skrupulatnie. Początkowo polujemy na niego razem z Mattem, który tropi go, po pozostawianych przez niego śladach w postaci ofiar. Jednak jedną z najlepszych rzeczy, jakie fani mogli dostać w tym sezonie, była osobista relacja pomiędzy jednym, jak i drugim obrońcą uciśnionych. Zarówno Daredevil, jak i Punisher chcą tego samego, jednak dążą do tego na różne sposoby. Matt potępia Franka za to, że zabija, ponieważ według niego, nie jest to najlepsze rozwiązanie. Nie akceptuje jego braku poszanowania dla wartości, jaką jest ludzkie życie.

Z drugiej strony mamy jednak Punishera, który uważa, że to co robi Daredevil jest bezcelowe i niewystarczające, gdyż każdy bandzior po wsadzeniu za kraty i tak prędzej czy później stamtąd ucieknie, wracając do tego, co robił przed odsiadką. Temat ten wałkowany jest między bohaterami kilkukrotnie, a co najlepsze – żadna postawa nie jest określona w serialu za lepszą czy bardziej poprawną. Tylko od widza zależy, po której stronie on stanie. Mówiąc prościej – Punisher w tej wersji to prawdziwy anty-bohater, którego się albo kocha, albo nienawidzi, jednakże nie można go nazwać jednoznacznie złym lub dobrym. Za dużo w nim odcieni szarości.

Elektra za to jest postacią o wiele bardziej barwną, a przy tym tajemniczą. Gdy poznajemy ją w jednym z odcinków, nie wiemy o niej zupełnie nic, jednak widzimy, że ona, jak i Matt rozmawiają ze sobą tak, jakby znali się od dawna, więc widzowi coś tam zaczyna świtać. Jak się później okazuje, Elektra jest byłą dziewczyną Matta, z którą ten był w związku około 10 lat temu (wspominał o niej w pierwszy sezonie). Elektra wywołuje w głowie Matta przeróżne emocje, które kumulują się w nim i zmieniają: niechęć, złość, smutek, radość, zdziwienie, niezrozumienie, fascynację, sentymentalność, przyjaźń, miłość. Relację Matta i Elektry bardzo ciężko opisać w kilku słowach ze względu na jej dynamikę.

Bohaterowie zmieniają zdania i postawy względem siebie jak rękawiczki. Najłatwiej będzie, gdy napiszę, że wraz z pojawieniem się Elektry co jakiś czas dostajemy retrospekcję dotyczącą niej samej lub Matta. Dzięki nim możemy powoli układać sobie obraz osoby, jaką jest owa dama, a także, co łączy ją z głównym bohaterem. Przypomina to trochę podchody dwojga nastolatków, ale w pewnym momencie ta dwójka faktycznie zaczyna przypominać dzieciaki, które żyją tylko po to, aby robić sobie na złość, choć zdecydowanie ma to swój urok.

Prócz opisanych przeze mnie postaci, pojawia się także cała masa innych charakterów, jednak nie ma sensu opisywać tu każdego z osobna. Dodam tylko, że w pewnym momencie całej historii pojawia się nie kto inny, a czarny charakter poprzedniego sezonu – Wilson Fisk, znany jako Kingpin, który, jak pamiętamy, został osadzony w więzieniu. O reszcie musicie przekonać się sami, bo to naprawdę gruba intryga.

Jedyne na co mógłbym narzekać w tym wszystkim to naprawdę mała ilość nawiązań do wydarzeń czy postaci z MCU. Gdzieś tam, ktoś wspomni Jessicę Jones, Luke’a Cage’a czy „incydent” z pierwszej części Avengers. Moim skromnym zdaniem to trochę mało, jak na tak rozbudowane uniwersum. Z drugiej strony, mając taki kipisz na własnym podwórku, trudno jest myśleć o czymś/kimś zupełnie innym.

Podsumowując, drugi sezon Daredevila jest lepszy od pierwszego pod każdym możliwym względem. Jest szybciej, mocniej i z większą mocą. Mamy kilka genialnie zazębiających się ze sobą wątków tworzących jeden główny. Dorzućmy do tego całą plejadę interesujących postaci, świetną scenografię oraz kostiumy, a także robiące kolosalne wrażenie walki. Nikogo zatem nie zaskoczy, gdy napiszę, że Marvel po raz drugi, i to w dodatku tym samym serialem, kompletnie deklasuje, a nawet nokautuje konkurencję (jak Arrow, Flash czy Supergirl). Netflix i Marvel słuchają fanów, wyciągają wnioski i poprawiają dotychczasowe błędy. Nie mam pojęcia jak dla innych, ale dla mnie to jest właśnie prawdziwa definicja oddania i wzajemnego szacunku.

Przypomnę jeszcze, że przed nami wciąż znajdują się seriale Luke Cage (ten ma swoją premierę 30 września tego roku), oraz Iron Fist, który pojawi się na Netflixie za rok. W międzyczasie dostaniemy również drugi sezon Jessici Jones (także w 2017). Po tym wszystkim doczekamy się serialu, gdzie cała ta czwórka, czyli Daredevil, Jess, Luke i Iron Fist działać będzie jako drużyna w serialu The Defenders.

Uff, długi był ten tekst. Mam nadzieję, że nie zasnęliście po drodze (albo gorzej), ale zwyczajnie krócej się nie dało, bo drugi sezon Daredevila zaskoczył mnie kompletnie (pozytywnie oczywiście). Uświadomił mnie także, że gdy duet Marvel/Netflix się za coś weźmie, to nie ma opcji, aby to nie wypaliło. Mam nadzieję, że mój tekst przypadł Wam do gustu i podzielacie moje zdanie choćby w najmniejszym stopniu.


Autor: SQ

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x