„Generation X #1” (2017) – Recenzja
Generation X, czyli pokolenie młodych mutantów i ich perypetie.
Moja przygoda z X-Menami trwa dalej. Tym razem przyszło mi się zmierzyć z Generation X, gdzie, podobnie jak w X-Men Blue czy X-Men Gold, zbiera się młoda kadra bohaterów, pragnących odnaleźć się w społeczeństwie pełnym uprzedzeń.
W szkole rządzi teraz Kitty Pride, którą czeka niemałe wyzwanie, gdyż przyszli jej uczniowie są, mówiąc oględnie, nieogarnięci. To rozbitkowie, którzy nie bardzo wiedzą, jak się posługiwać swoimi mocami, są zagubionymi buntownikami, mają gdzieś zasady i nakazy. Do tej grupki niesubordynowanych mutantów zalicza się m.in. Bling, Kid Omega, Nature Girl, Morph, Hindsight, Eye-Boy. Nad tą niesforną ekipą pieczę ma sprawować nie kto inny jak sama Jubilee. Czy jednak da sobie radę w obliczu nagłego niebezpieczeństwa?

Powiem, że komiks już zaczyna mi się podobać, a jego największym atutem jest oczywiście młodzież. Na główny plan wysuwają się na razie trzy postacie; Jubilee, Kid Omega oraz Hindsight. Jubilee ma mnóstwo spraw na głowie, jest lekko nierozgarnięta, ale zawsze serdeczna i gotowa do pomocy. Nie waha się ani chwili, gdy Kitty prosi o pomoc w zajęciu się grupą nieokrzesanych mutantów. Kid Omega za to jest rozkapryszonym łobuzem, który uwielbia dokuczać innym, wszczynać awantury i kpić sobie z reszty. Z pozoru okrutny i zimny, już wzbudza we mnie współczucie, bo podejrzewam, że za tą maską kryje się bardzo skrzywdzony chłopak. Mam nadzieję, że w przyszłości dowiem się o nim czegoś więcej. Niemniej ważną rolę w tych dwóch zeszytach ma Hindsight, który nie bardzo potrafi sobie znaleźć miejsce. Czuje, że nie pasuje do reszty w szkole, ale czy umiałby się bardziej dopasować do normalnego społeczeństwa?

Myślę, że seria Generation X będzie przepiękną genezą tworzenia się zarówno przyjacielskiej relacji między głównymi bohaterami, jak i drużyny, która kiedyś się zjednoczy i będzie działała razem dla wspólnego dobra.
Za stronę graficzną komiksu odpowiada Amilcar Pinna, a za kolorystykę w głównej mierze Felipe Sobreiro. Powiem szczerze, że pod tym względem te dwa tomiki mi się nie podobają. W przeciwieństwie do treści, która jest świetna, strona wizualna nie wypada dobrze. Kreska jest taka… nienaturalna. Mimika bohaterów jest sztuczna, nierealna, czasem wręcz karykaturalna, sceny walki też słabo pokazane. Kolory również nie przypadły mi do gustu, sama nie wiem dlaczego.

Jakie są plusy komiksu? Na pewno główni bohaterowie, ich złożoność, zbieżność charakterów oraz naprawdę ciekawie zapowiadający się początek nowej drużyny X-Men. Tym bardziej, że jest to przedstawienie nieco trudnej młodzieży i cieszę się, że przyszło mi się zmierzyć z tak intrygująco zapowiadającą się serią. Na piedestał wysuwa się zdecydowanie Kid Omega i modlę się wręcz, żeby wątek pozostałych mutantów został tak dobrze rozwinięty jak jego. Poza tym jest trochę akcji, humoru, czyli to, co najbardziej lubię.
Największym minusem, jak do tej pory, jest wizualna strona tych dwóch woluminów. Kompletnie do mnie nie trafia i ubolewam, że bohaterowie wyglądają czasem jak karykatury.

Summa summarum, seria Generation X zapowiada się naprawdę, naprawdę dobrze i liczę, że scenarzystka Christina Strain pokaże jeszcze, na co ją stać.
Autorka: Rose

