KomiksyTeksty

„Marvel Zombies: Dawn of Decay” #1 (2024) – Recenzja

Marvel Zombies: Dawn of Decay #1 (2024)
Jarmarczne zombiaki

Marvel Zombies. Znacie. Kojarzycie. Pewnie czytaliście. Jedno w tym wszystkim było naprawdę dobre – to, co stworzył Millar. Hitem stała się co prawda seria Kirkmana, ale co tu dużo mówić, jakaś świetna nie była. Ot przeciętniak, typowy dla niego, ratowany głównie przez fajny klimat ilustracji. No ale sprzedało się, więc co jakiś czas temat wraca. I wrócił znów. Tym razem w postaci Marvel Zombies: Dawn of Decay. I słabo jest strasznie. Thomas Krajewski, ten od dc-owskiego Primer napisał strasznie kiepską, pretekstową historyjkę, która jego zdaniem miała być zabawna i w ogóle, a wyszło… Sami wiecie.


A NEW ZOMBIE VIRUS IS UNLEASHED… AND GROOT IS PATIENT ZERO! Groot feels bad – not only because Rocket’s latest scheme put them firmly in the crosshairs of the Avengers, but also he’s just plain sick! Sap-dripping nose and all. Things go from bad to apocalyptic, however, after an ill-timed sneeze in Captain America’s face has unforeseeable consequences! Suddenly, Groot is being attacked by a horde of zombified Avengers, and only he and Hulk, with his impenetrable green skin, remain impervious. Now it’s up to these two heroes to team up and fight their way through a blighted New York City to Banner’s lab in Avengers Tower to find a cure before it’s too late. But can Groot keep the hero in check and on track, or will Hulk unleash his deadly might on the zombies they once called friends?


Nie wiem, co scenarzysta o swojsko brzmiącym nazwisku miał w głowie podczas robienia tego komiksu, ale na pewno nie miał tam pomysłu na to wszystko. Wziął opowieść, która miała zadatki na jedną, może dwie miniserie, a którą potem rozcieńczono straszliwie i jeszcze to wszystko rozcieńczył. Miał nam zaserwować mocną, czarną kawę, a dostaliśmy coś na kształt brudnej wody, niesmakującej w zasadzie niczym. Są żarty, ale nie śmieszą. Jest akcja, ale nieciekawa. Jest… No właśnie, nie, nie ma horroru, nie ma obrzydliwości, wszystko jest takie lekkie, łatwe i przyjemne. Kirkman, choć kiepski scenarzysta, starał się by jednak było coś rodem z filmów grozy, a tu nie nawet jak jest krew, jak gryzienie, to wszystko kolorowo, wesoło, jakby nic nie było.

I jeszcze słabo rysowane. Jakoś tak niechlujnie, bo czasem coś fajnego, ale częściej jakby nie chciało się nikomu iść w detal. Co w połączeniu z jarmarczną kolorystyką daje kiepściznę wizualną – nie mówię, że samo w sobie to jest kiepskie, po prostu kiepskie jest jako ilustracja dla fabuły wymagającej zupełnie innego podejścia. W skrócie: olejcie, nie warto.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x