KomiksyTeksty

„The End 2099” #1 (2025) – Recenzja

The End 2099 #1 (2025)
Koniec jest bliski

Scenarzyście zeszytu The End 2099 #1 udała się rzecz imponująca. Wziął temat samograj, wielkie zagrożenie widoczne już na pierwszej stronie, akcję, która dzieje się już od samego początku i masę fajnych postaci, a potem spartolił to tak, że w ogóle nie chce się tego czytać. I nic nas ta opowieść nie obchodzi, tak samo, jak chyba i jego, bo całość wygląda, jak pisana na kolanie i w zasadzie nie wiadomo po co.


ONE FUTURE ENDS…ANOTHER BEGINS. 3099! From the ashes of the AGE OF HEROES, a new generation of vigilantes, like SPIDER-MAN 2099, NOVA 2099 and RED HULK 2099, emerged in the dystopia that followed to forge a bright, new future – a future that has come to an end in the face of ABYSSYUS, a horrifying fusion of a KNULL-INFECTED GALACTUS! As the DEVOUR IN BLACK descends upon the world, a deal is struck with the devil – LITERALLY as MEPHISTO bets the fate of 2099 in a brutal battle of survival, pitting the warriors of 2099 against fan-favorite characters from across the Multiverse – like AGE OF APOCALYPSE-ERA WOLVERINE, CLAREMONT/BYRNE-ERA CYCLOPS AND MARVEL GIRL, HOUSE OF M-ERA WANDA and so many more – each battling for their own universe’s survival! It’s hero against hero in this no-holds-barred war against extinction! But as Marvel’s past and present duke it out, only one thing is certain: The future is coming, and it’s arriving in the form of…SPIDER-MAN 3099?!


Nie wiem, jak wyglądało powstanie tego komiksu, ale czytając go miałem wrażenie, że Orlando dostał zadanie napisania czegoś, ale mu się nie chciało, więc stwierdził „@#$%* to! Napiszę im taki badziew, że nie będą tego chcieli i będzie z głowy”. A jednak zechcieli i musiał pociągnąć to dalej, więc zaczął stukać w klawisze, co mu do głowy przyszło, a że to nijak się nie kleiło, nie jego problem. Redaktor zaś musiał zupełnie tego nie czytać, bo inaczej by nie przepuścił. A jednak rzecz powstała i tylko szkoda rysownika, bo ten robi dobrą robotę, widowiskową, szczegółową i w ogóle i w zasadzie gdyby wyrzucił scenariusz a zostawił same rysunki, bez żądnej treści, ta opowieść tylko by zyskała.

Ale niestety jest, jak jest. Czyta się to strasznie, postacie płaskie i papierowe, zagrożenie gigantyczne, ale tylko w zamyśle twórcy, bo nic ono nie obchodzi czytelnika, a co gorsze stawki w ogóle się nie czuje. Tu powinno być napięcie, niepewność, ale gdzie tam. Zero emocji, zero zaciekawienia, zero podbudowy, która  by przybliżyła do opowieści i postaci. Nic. Orlando liczył, że sama obecność bohaterów i zagrożenie wystarczy, ale się przeliczył, a przy okazji pierwszy zeszyt pod względem akcji zbudował tak kiepsko, jakby na siłę pomysł góra na 20 stron chciał rozciągnąć do zakontraktowanych pięciu zeszytów.

W skrócie: omijacie szerokim łukiem. Bardzo to słaba rzecz, bardzo kiepsko napisana i nawet dla rysunków, nie warto. Z takimi historiami to aż się odechciewa w ogóle do nich podchodzić.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x