„The Infinity Watch” #1 (2024) – Recenzja
The Infinity Watch #1 (2024)
Nieskończona nuda
Coś Marvelowi nie wychodzi ostatnio całe to wracanie do kamieni nieskończoności. Najnowsza odsłona tej opowieści, pierwszy zeszyt The Infinity Watch, to dobry dowód na to, jak mając całkiem fajne postacie i podwaliny, zrobić rzecz zwyczajne nudną i zwyczajnie nijaką.
WHO IS THE MOST POWERFUL? Sorry, Thor. Sorry, Hulk. These are the seven most powerful people in the universe, each wielding one of the embodiments of all power in existence – THE INFINITY STONES. Half of the Stone Bearers are villains, and the other half certainly aren’t hall-of-fame heroes, so what does this mean for the Marvel Universe? If Star has anything to say about it, we can start calling it the Star Universe. Can Colleen Wing or Phil Coulson possibly tilt the balance toward good?
Zbieranina niezłych postaci o różnych motywacjach, różnym podejściu i w ogóle, szansa na niezła akcję, a… No właśnie nic z tego nie wychodzi. Wszelki potencjał opowieści zostaje zmarnowany już na starcie. Postacie nie zostają zgłębione, ale akcja niczego nie rekompensuje. Wszystko sprawia tu wrażenie kolorowego balonika, który ktoś chce nadmuchać, ale jest gdzieś w nim dziura i balonik cały czas flaczeje. Co scenarzysta chce coś wprowadzić, to niemal od razu psuje bylejakością, przesadną prostotą i infantylnością.
A tą infantylność podkreśla jeszcze szata graficzna – taka przesadnie kolorowa, wakacyjna, rozbuchana i choć rysunki są niezłe, toną w kolorowej tandecie barw. Efekt finalny jest z jednej strony nudny, z drugiej odstręczający kiczowatością kolorystyki, która może by pasowała do jakiegoś naiwnego romansidła albo cukierkowej historii o sile przyjaźni w jakimś świecie fantasy, ale nie tu. Szkoda
Autor: WKP





