„Moon Knight: Z martwych” (tom 1) – Recenzja
Moon Knight: Z Martwych
Przy okazji polskiej premiery pierwszego tomu komiksów, gdzie głównym bohaterem jest Moon Knight, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem dość nietypowym. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się bowiem, żeby seria opowiadająca o bohaterze, którego polski odbiorca nie miał okazji poznać w żadnym innym medium, ponieważ nie jest on związany ani z uniwersum filmowym, ani serialowym, była tak mocno wyczekiwana.
Po tym, jak słyszałam wiele pozytywnych głosów na temat tej serii, postanowiłam, że premiera tomu Z martwych to idealna okazja, aby poznać Marca Spectora osobiście. Czy żałuję? Oczywiście, że nie!

O naszym tytułowym bohaterze wiemy niewiele. Wiadome jest, że Spector, były najemnik, podczas jednej z misji w Egipcie zginął pod pomnikiem Khonshu – boga księżyca o czterech aspektach, który następnie przywrócił go do życia. Teraz, uznawany za szaleńca Marc, śmiga nocami w białych ciuszkach i walczy z przestępczością. Brzmi ciekawie, czyż nie?
Sama zawartość tomu okazuje się być jednak jeszcze bardziej intrygująca. Seria stworzona przez Warrena Ellisa jest bowiem zbiorem ciekawych konceptów. Po pierwsze, nie jest to jedna spójna historia. Należy to raczej traktować jako kolekcję one-shotów, które skupiają się na różnych sprawach, które rozwiązuje Spector. Po drugie, możemy zaobserwować w nim naprawdę ciekawe zabiegi graficzne. Szczególnie interesujący jest zeszyt zatytułowany „Snajper”, w którym widzimy, jak po śmierci kolejnych postaci, ich kadry są zastępowane przez białe pola, przez co w pewnym momencie niemal całe strony są pokryte wyłącznie bielą.

Nawiązując jeszcze do strony graficznej, muszę przyznać, że rzadko zdarza mi się zachwycić rysunkami we współczesnych komiksach. Możliwe, że wynika to z faktu, iż zdecydowanie największą słabość mam do rysunków w stylu retro, które choć nie były przesadnie realistyczne i ich kolorystyka mogła nieraz razić w oczy, mają swój niepowtarzalny urok. W przypadku Moon Knighta w większości historii same rysunki nie są więc dla mnie niczym wyjątkowym, choć oczywiście doceniam wcześniej wspomniane ciekawe zabiegi formalne. W wydanym właśnie tomie możemy jednak znaleźć zeszyt zatytułowany „Sen”, którego piękna, przepełniona jaskrawymi kolorami, surrealistyczna oprawa graficzna podbiła moje głodne sztuki serce. Ukłony, panie Shalvey.

Warto także nadmienić, że twórcy nie stronią w swoich historiach od przemocy. Krew się leje, kości się łamią… Ale to wszystko jest naprawdę w porządku. Nie mamy tu do czynienia z nadmiernym, niepotrzebnym epatowaniem przemocą. Wszystko jest utrzymane w granicach dobrego smaku, więc nie powinno bulwersować osób, które od nieuzasadnionej brutalności stronią.
Wracając do samej historii, zdecydowanie sprawiła ona, że postać Moon Knighta mnie zaintrygowała, a wręcz udało mi się ją polubić. Jestem ciekawa tego, jak rozwinie się jego opowieść, a to co interesuje mnie najbardziej to wątek jego relacji z Khonshu, a co za tym idzie, wszelkie nawiązania do mitologii egipskiej. Ponadto, mnogość osobowości Spectora pozwala na zgłębienie psychiki bohatera, co jest ciekawą odskocznią od superbohaterskiej nawalanki.

Podsumowując, Moon Knight: Z martwych to pozycja oryginalna, która wprowadza powiew świeżości na rozwijający się polski rynek komiksowy. Zdecydowanie jest to komiks wart polecenia, który nie wymaga wcześniejszej znajomości postaci, więc jest idealny nawet dla zwykłego, niedzielnego czytelnika. Ja z pewnością sięgnę po kolejne tomy tej historii i mam nadzieję, że wśród Was również znajdzie się ktoś, kto polubi Księżycowego Rycerza.
Autorka: Dee Dee

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont Polska.

