"Ultimates2 #1" (2016) – Recenzja
Wchodzi Galactus, cały na biało.
W zeszłym miesiącu mogliśmy pożegnać się z pierwszą serią opowiadającą o losach nowo powstałej drużyny The Ultimates. Na przestrzeni dwunastu zeszytów utworzona przez Carol Danvers grupa dokonała kilku imponujących czynów w skali wszechświata. Ich bodaj największe i najbardziej znaczące osiągnięcie miało miejsce już w pierwszych numerach, udało się im bowiem przebrać Galactusa z jego charakterystycznego fioletu, który najwyraźniej stawał się już passe, w przyciągające uwagę lśniąco białe fatałaszki. Nie była to jednak tylko zmiana stylu byłego już Pożeracza Światów – no właśnie, byłego, gdyż wraz z kostiumem zmienił też pracę i stał się Dawcą Życia. Dość imponujące CV, prawda?

Wydarzenie to stało się przyczynkiem do ponownego uczynienia Ziemi główną atrakcją turystyczną dla galaktycznych złoczyńców, łącznie z naszym ulubionym fioletowym szaleńcem z Tytana. W ruch zostały wprawione procesy, które zmienią nie tylko oblicze Ziemi, a całego wszechświata, gdyż zamieszane we wszystko są byty, które stanowią fundamenty ogólnie istniejącego ładu. O tym właśnie opowiadać nam będzie druga seria The Ultimates, za której scenariusz ponownie odpowiada Al Ewing.

Pierwotna drużyna rozpadła się dość gwałtownie w sytuacji, gdy reszta członków nie mogła już dłużej znieść wszystkowiedzącej i bardzo autorytarnej Captain Marvel. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, dużo bardziej zaskakujące dla mnie jest to, że ktokolwiek potrafi wytrzymać dłuższą chwilę w jednym pomieszczeniu z postacią tak irytującą jak Carol Danvers. Relacje między bohaterami były mocno napięte, czasami wręcz wrogie, i to właśnie wewnętrzne konflikty sprawiły, że drużyna została odgórnie rozwiązana przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ten stan rzeczy nie potrwa jednak długo, gdyż The Ultimates zostają zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną do nowego przełożonego – Galactusa, całego na biało. Pan Prezydent nie będzie miał więc raczej wiele do powiedzenia.

Sam skład osobowy drużyny Ultimates nie zmieni się, ponownie na panelach komiksu spotkamy więc tak-bardzo-odpowiedzialną Captain Marvel, która będzie musiała jakoś pogodzić się z Black Pantherem. Spotkanie Carol z T’challą jest zresztą jedną z najlepszych scen tego zeszytu i wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Tym bardziej, że kończy się nagłym przeniesieniem na statek Galactusa, a rolę środka transportu pełni Anti-Man, nowy Herold Życia Galactusa, który będzie współpracował z The Ultimates. W samej twierdzy Dawcy Życia spotykamy resztę członków załogi, czyli Miss America, Blue Marvela oraz Spectrum. Co ważne i zbawienne, zmieni się nieco hierarchia w drużynie, od teraz pierwsze skrzypce ma grać Miss America i bardzo bym chciał, żeby udało się jej choć trochę zapanować nad Captain Marvel.

Jak już wcześniej wspomniałem za scenariusz ponownie odpowiedzialny jest Al Ewing. To wiadomość dobra o tyle, że zachowana zostaje ciągłość i u sterów pozostaje osoba, która drużynę dobrze zna. Miejmy tylko nadzieję, że weźmie on sobie do serca bolączki pierwszej serii i popracuje nad elementami, które kulały w pierwszym woluminie, czyli przede wszystkim relacje między bohaterami. Wsparciem artystycznym są dla niego Travel Foreman, odpowiedzialny za kreskę, oraz znany również z pierwszej serii Dan Brown, który zajmuje się nakładaniem kolorów. Zmiana rysownika nie wychodzi niestety tej serii na dobre.

W poprzednich zeszytach za rysunek odpowiedzialny był Kenneth Rocafort i udało mu się stworzyć komiks, który na długo zapadnie mi w pamięć właśnie ze względu na to, jaką był ucztą dla oczu. Foreman to bez wątpienia utalentowany artysta, lecz komiks jest narysowany bardzo nierówno. O ile scena rozmowy Carol z T’challą wygląda bardzo ciekawie i estetycznie, tak wcześniejsze panele prezentujące Spectrum i Blue Marvel’a wypadają wręcz… ubogo. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i kolejne zeszyty zatrą to wrażenie. Dużym plusem z kolei jest dla mnie to, że będziemy mieli więcej okazji żeby podziwiać jednego z moich nowych ulubieńców, Galactusa, który w nowym wydaniu jest postacią bardzo interesującą.

Widać, że Marvel ma bardzo konkretne plany dotyczące przyszłości całego Uniwersum i zdaje się, że to właśnie na kartach The Ultimates odbywać się będą jedne z kluczowych wydarzeń. Samo to jest już wystarczającym powodem, aby poświęcić uwagę tej serii, polecam ją więc przede wszystkim osobom takim jak ja, czyli szczególnie zainteresowanym kosmiczną częścią uniwersum. Mimo iż póki co między członkami zespołu nie ma takiej chemii jak na przykład między Strażnikami Galaktyki, to uważam, że drużyna ma bardzo duży potencjał, a jedynym pytaniem pozostaje to, czy Al Ewing będzie potrafił go wykorzystać.

Autor: Failov

