„X-Factor #1” (2020) – Recenzja
X-Factor #1 (2020)
Ex-fajny komiks
Seria X-Factor powraca z nowym woluminem. Każdy miłośnik X-Men zna ten tytuł i wie też czego może od niego oczekiwać. Ale czy aby na pewno? Myślałem, że tak, szybko jednak okazało się, że ten zeszyt mnie zaskoczył. Chociaż trudno było powiedzieć, że pozytywnie.

MUTANTS HAVE CONQUERED DEATH! By the grace of The Five, the resurrection protocols can bring back any fallen mutant. But such a huge enterprise isn’t without its problems and complications… When a mutant dies, X–Factor is there to investigate how and why to keep the rules of reincarnation. Writer Leah Williams (AMAZING MARY JANE, X–TREMISTS) and artist David Baldeón (DOMINO, WEB WARRIORS) take Northstar, Polaris, Prodigy, Eye-boy, Daken and Prestige into the world of murder and missing persons…
Pierwsze wrażenie? Matko, jak to jest źle narysowane… W latach 90. Marvel zachłysnął się mangową estetyką i na siłę próbował wprowadzić ją na rynek w ramach imprintu Tsunami. Szybko okazało się, że nie wyszło mu to na dobre, ale nie zaprzestał kolejnych prób. W ostatnich latach pokazał jednak, że lepiej było trzymać się od nich z daleka, bo wszystkie bez wyjątku okazały się beznadziejnymi dziełami, które prawdziwym mangom – nawet tym kiepskim – nie dorastały do pięt. Niestety nowe X-Factor utrzymane jest właśnie w takiej stylistyce i to boli. Nawet bardzo.
Przede wszystkim w oczy, bo ogląda się to tragicznie, nawet mimo kilku niezłych scen. Te prześwietlone grafiki, ta do niczego nie pasująca kreska, kiepska, atakująca wzrok kolorystyka, mimika tak ekspresyjna, że nijak nie nadająca się do tej opowieści… Fabularnie nie jest źle, to całkiem zgrabna historyjka, choć jak na taki temat pozbawiona powagi, i czyta się ją bez zgrzytania zębami, jednak graficznie to porażka. Komu to nie przeszkadza, przeczytać może, ale mnie osobiście to odrzuca i po kolejne zeszyty nie zamierzam sięgnąć.
Autor: WKP




Japończycy mają swój styl, który zdecydowanie bardzo trudno podrobić.